|

 |
28 listopada
2006 r.
Andrzej Muflon
Kieś
poleca:
Laibach – Volk
Ciężko
pisać o Laibach jako o zwyczajnym zespole muzycznym. W tym
wypadku powinno się raczej używać terminu „zjawisko”, w
dodatku jedyne w swoim rodzaju, zarówno pod względem muzycznym
(marszowy, mocno bity industrial), jak i ideologicznym.
Najnowsza propozycja Słoweńców ponownie zaskoczy wszystkich
zwolenników grupy, zwłaszcza tych, którym mocno przypadł do
gustu poprzedni materiał – WAT (2003r.), wyjątkowo ostry,
agresywny, lecz przy tym pełen charakterystycznej
podniosłości. Gdy świat obiegła wiadomość, że Laibach
przygotowuje swoje wersje hymnów narodowych, można było
spodziewać się płyty ze wszech miar wyjątkowej. Tak też się
oczywiście stało, bo nie mogło być inaczej. W konfrontacji w
ostatnim dziełem naszych słowiańskich braci nie można wyjść z
podziwu nad ich niesamowitym talentem, który objawił się tym
razem zdolnością do stworzenia błyskotliwego konceptu, w
dodatku oprawionego mistrzowską muzyką. Dźwięki dobijające się
do
nas z zawartości „Volk” są tym razem o wiele bardziej
wyciszone i wyszukane niż to miało miejsce wcześniej, pozornie
płynne i spokojne, lecz jednak podszyte jakimś podskórnym
nerwem. Są to nie tyle wersje hymnów „made in Laibach”, co
wariacje na ich temat. Czasami cytowane są jedynie fragmenty
słów lub muzyczny motyw przewodni, czasami nieco więcej.
Ciężko to opisać, tego trzeba posłuchać. Jedynymi
przymiotnikami cisnącymi mi się na usta podczas obcowania z tą
płytą są: „piękne”, „genialne”, „cudowne”... Zwyczajnie
odpływam przy dźwiękach „Anglia”, „Yisra’el”, „ Vaticanae”, „Turkiye”
czy „Francia”. Ciekawostką bliską naszym sercom na pewno jest
fakt, iż w „Slovania” możemy usłyszeć Mazurka Dąbrowskiego,
który swego czasu śpiewany był na ulicach wielu słowiańskich
krajów, nie tylko Polski. Każdy z zamieszczonych na „Volk”
utworów ma własną, bardzo silnie zaznaczoną tożsamość i żyje
własnym życiem, jednak dopiero jako całość płyta ta robi
piorunujące wrażenie. Otóż mamy tu coś w rodzaju odezwy do
narodów. Słowa w każdym z „hymnów” komentują współczesne
wydarzenia na świecie, przedstawiając je w mocno ironicznym
tonie, oczywiście w każdym z nich z perspektywy danej
narodowości. Mamy więc coś w rodzaju uchwyconej na srebrnym
krążku rzeczywistości polityczno-społecznej anno’ 2006, nie
brak też uniwersalnych wartości, którymi od wieków kierowały
się opisywane nacje. Jest to kolejne arcydzieło, jakie dał
światu Laibach. Czy uda im się stworzyć w przyszłości coś
równie wielkiego? Wierzę, że tak. Lecz na razie nie pozwalam
ucichnąć dźwiękom „Volk” i już zacieram ręce na myśl, że 10
grudnia zobaczę ten niecodzienny spektakl na żywo w Warszawie.
|