Zalew kultury nr 27, kwiecień

 

 

 

 

 

 

 

 Na piosenkę artystyczną... obiektywnie

 

 

Galowo i wspomnieniowo

 

Niedzielna odsłona XII edycji Ogólnopolskiego Festiwalu Piosenki Artystycznej to dwa koncerty.

Pierwszy z nich – koncert galowy laureatów OFPY 2008. Na początek zaprezentowała się zdobywczyni Grand Prix OFPY 2007 – Katarzyna Dąbrowska. Następnie zaprezentowali się laureaci tegorocznego konkursu: Gabriela Lencka z Warszawy, Agnieszka Błońska z Krzanowic, Joanna Kaczmarek z Wrocławia, Natalia Załucka z Raciborza, Monika Węgiel z Wrocławia, Łukasz Majewski z Gdańska oraz Malwina Klimek z Rybnika. Główną nagrodę zdobyła Gabriela Lencka (na zdjęciu). Ta 20-letnia drobna blondynka, ubrana w różową błyszczącą sukienkę wykonała dwie autorskie piosenki: Emesis i Rozdrobniona. Dziś zwymiotowałam wszystko, co mi powiedziałeś. Są tam nadgryzione uczucia, nieświeże wyznania, cuchnące propozycje. Czy wiesz, że kłamstwa są niestrawne? – od takich słów zaczyna się pierwsza z nich. Tak naturalistyczna forma werbalnego wyrażania emocji wywołała skrajne odczucia wśród publiczności. Spodobała się jednak najwyraźniej jury konkursu, które przyznało Gabrieli Lenckiej główną nagrodę. Z kolei tytuł najlepszego akompaniatora tegorocznego festiwalu przypadł pianiście Jarosławowi Hanikowi z Rybnika.

Drugi koncert pt. Poeci, których nam brakuje, podczas którego zaprezentowano piosenki z repertuaru Stanisława Staszewskiego, Jonasza Kofty, Marka Grechuty oraz Jacka Kaczmarskiego. Wykonała je plejada polskiej estrady: Michał Bajor, Jacek Bończyk, Katarzyna Groniec, Mariusz Kiljan, Iwona Loranc, Mariusz Lubomski, Piotr Machalica, Marian Opania, Kinga Preis, Janusz Radek. Przed wykonaniem piosenek poszczególnych autorów, Piotr Machalica swym charakterystycznym niskim głosem krótko przypomniał ich biografie, każdą kończąc znamiennymi słowami: Ostatni raz był widziany...

Sam dobór akurat tych piosenek pewnie nie zaskoczył wielu. Wykonawcy zaprezentowali po 3 utwory każdego autora. Najciekawsza wydała mi się Niepewność Marka Grechuty w wykonaniu Katarzyny Groniec, która wykonała ją, grając przewodnią melodię na cymbałkach. Równie interesująco wypadła Celina z repertuaru Stanisława Staszewskiego w wykonaniu Katarzyny Groniec, która odbiegała nieco od znanego wykonania Kazika i grupy Kult. Koncert zakończył się owacją na stojąco. Nic dziwnego – pomysł koncertu jak i jego wykonanie przez tak znakomitych artystów okazał się strzałem w dziesiątkę. Być może nie przebił sobotniego koncertu „Halucynacje”, ale z pewnością był jednym z jaśniejszych punktów festiwalu.

12 OFPA przeszła do historii. Czy okazała się sukcesem? Myślę, że tak, gdyż zainteresowanie festiwalem z roku na rok rośnie i z całą pewnością na mapie polskiej piosenki artystycznej jest to jedno z najważniejszych miejsc do obcowania z tym gatunkiem sztuki.

 

 Maciej Majewski          

  jeremy21@wp.pl

 

Wieczór halucynogenny

 

W sobotnich przesłuchaniach konkursowych znalazło się parę osób wyróżniających się.

Dominika Rydz z próbką jazzu, Marek Miś z rockowymi klimatami.. no i – oczywiście – Gabriela Lencka.

 

Już przy zapowiedzi Jana Wołka, zwracał uwagę fakt, iż jest autorką i tekstów, i muzyki. Mając zaledwie 20 lat! A kiedy wyszła na scenę – pojawiał się uśmiech na twarzy. Zero patosu, sztucznego dramatyzmu, nawet brak czerni w ubiorze. Słodki róż, urocze loczki, mocny makijaż.

I tekst, którego zignorować nie sposób. Odważny. „Zwymiotowane” bogate wnętrze, spostrzegawczość. Osobowość sceniczna – określenie, z którego tak często się śmieję, tu jakże na miejscu. Dynamiczna, pewna siebie, pociągająca.

Słuszna zwyciężczyni, co mam nadzieję, udowodni błyskotliwą karierą, której jej szczerze życzę. Polskim pseudo-artystkom, wyjącym wokalistkom, primadonnom popu i oklepanych epitetów, niech pokaże, co znaczy śpiewać.

Spodobała mi się też rybniczanka, również nagrodzona, Malwina Klimek. Zaśpiewała subtelnie, ładnie, sięgnęła po lubiane przeze mnie klimaty żydowskie. Ciekawa jestem, jak rozwinie się jej kariera wokalna.

Po przerwie – to, na co tak naprawdę czekało się tego wieczoru. Koncert Halucynacje poświęcony pamięci Grzegorza Ciechowskiego.

Od początku zwraca uwagę skromna scenografia, niewielki zespół muzyczny. Pamiętny spektakl Kombinat w roku 2002, będący ostatnim koncertem Republiki, posiadał scenografię bogatą, wiązał się właściwie z inscenizacjami, niemalże tworzonymi na żywo teledyskami do wykonywanych utworów. Tu nie ma wątpliwości – ważna jest po prostu pamięć artysty, „najbardziej znanego republikanina”, jak nazywany jest Ciechowski.

Jan Wołek przytaczał liczne anegdoty, czasem wywołujące śmiech, czasem jedyną reakcją mogła być pełna zadumy cisza. Ciechowski z jego wspomnień to człowiek przede wszystkim ogromnie wrażliwy, uczuciowy. O tęsknotach każdego z nas – przywiązany przecież do spokojnego Kazimierza – i o wielkich ambicjach. Potrafiący opowiedzieć o otaczającej rzeczywistości – w czasach cenzury, tak trafnie sportretować PRL metaforycznym Kombinatem – ale także jak nikt mówiący o miłości; cielesnej, jak w Raz na milion lat czy Synonimach i o sile uczucia – w Przyznaję się do winy czy Odchodząc.

Ilustracja wspomnień – piosenki. Wykonywane przez naprawdę wspaniałych artystów, na tle fenomenalnych, wciągających wizualizacji. Stosunkowo prostych, dwubarwnych. Stale powtarzających się, przez co potęgujących wrażenie snu, tytułowych halucynacji; wrażenie, uzyskiwane już także dzięki aranżacjom zespołu. W jego skład wchodzi Zbigniew Krzywański z Republiki, a jednak są to nieco różniące się od oryginalnych interpretacje utworów Ciechowskiego. Różnica nie jest wielka, polega być może tylko na zwiększonej efemeryczności, delikatności. Śpiewający artyści zdają się być we śnie, snują na scenie marzenia, którymi jakby nieświadomie dzielą się z widownią. Są blisko – a jednak w świecie równoległym, poza naszym doświadczeniem. Widzimy ich, słyszymy, ale jesteśmy tylko obserwatorami. To ich sen, śnią go sami.

Najlepiej brzmią te utwory, których wykonania właśnie tylko nieznacznie różnią się od oryginalnych. Mariusz Lubomski w Raz na milion lat i Tak… tak…to ja brzmi bardzo podobnie do Ciechowskiego, może właśnie dzięki temu utwory niczego nie tracą, są mocne. Świetny jest również Mariusz Kiljan w Kombinacie, wręcz zaskakuje silnym głosem i energetycznością; także Maria Peszek w Odchodząc, który wydaje się być utworem dla niej napisanym. Interpretacja Sexy doll w wykonaniu Natalii Grosiak, choć, nie tylko z oczywistych względów, odmienna od Ciechowskiego, zaryzykowałabym stwierdzenie, że jest nawet w pewien sposób… lepszą. Może po prostu nieco nowocześniejszą...? Katarzynę Groniec trudno mi ocenić, podobnie jak Iwonę Loranc – są po prostu artystkami wielkiego formatu, trudno się więc dziwić, że śpiewają świetnie, prawdziwie, poruszająco. Podobnie Jacek Bończyk. Natomiast Mirosław Czyżykiewicz… Na pewno jest to wokalista z ogromnym talentem, doświadczeniem, człowiek powszechnie szanowany za swoje dokonania. Na pewno ma oryginalny głos. I na pewno akurat w repertuarze Ciechowskiego mógł się nie każdemu spodobać. W Tu jestem w niebie po prostu… nużył mnie. Natomiast odkryciem koncertu jest Magdalena Kumorek. Niewinnie wyglądająca, drobna, śliczna, delikatna. A wchodzi gdzieś głęboko, porusza mocno, niesamowitą erotyką – każdym gestem, spojrzeniem. Głosem…

Scenograficznie, podoba mi się pomysł z zarysem postaci, wydającym się cieniem wykonawcy. Ruch sceniczny, zwłaszcza w wykonaniu Lubomskiego, jest po prostu niesamowity; dość oszczędny, ale trafny.

Wszystko w spektaklu wyreżyserowanym przez Wojciecha Kościelniaka, tworzy spójną i magiczną całość. Ciechowskiego wspominamy bez niepotrzebnych łez. Może odkrywamy na nowo przekaz jego utworów, niekwestionowaną wszechstronność. Może na nowo zakochujemy się w Republice. Może tego wieczoru nagle w nas wydarza się ta najpiękniejsza katastrofa

 

agni


zdjęcia: Sławomir Chwołka